Dlaczego niechętnie lub wcale niezgłaszamy odkryć skarbów i cennych znalezisk?

Dlaczego niechętnie lub wcale niezgłaszamy odkryć skarbów i cennych znalezisk?

Z punktu widzenia poszukiwacza ja to od wielu lat widzę tak:

WAŻNE!!! Tekst ten dotyczy poszukiwaczy-pasjonatów i ich „życiowego strzału”, a nie marginesu nastawionego tylko i wyłącznie na zysk z pominięciem pasji poszukiwań, chęci wzbogacenia nauki czy po prostu mówiąc pozbawionego pewnych zasad.

1) Aspekt materialny

Zdaję sobie sprawę że aspekt ten jest nieco kontrowersyjny i może budzić wiele emocji, ale pisząc o różnych myślach kłębiących się w głowie poszukiwacza, takiego znalazcy „życiowego strzału” uczciwie trzeba poruszyć także i ten temat, od razu zadając pytanie kto nie potrzebuje pieniędzy? kto nie boryka się z problemami finansowymi, czy różnego rodzaju innymi? Takie sytuacje dotykają praktycznie większości ludzi z których część jest właśnie poszukiwaczami. Więc jak widać znajdując coś bardzo wartościowego, co tym samym pomogło lub rozwiązało by wiele spraw, człowiek ma nadzieję uzyskać za odkrycie odpowiednie gratyfikacje finansowe, tym bardziej że Państwo daje pewną możliwość w tym względzie. Piszę to co obserwuję rozmawiając z przypadkowymi znalazcami pięknych rzeczy.

Jeżeli za znalezisko w tym kraju warte ok. miliona złotych (a takie znaleziska się zdarzają) obywatel może otrzymać: za okrycie zabytku archeologicznego maksymalnie ok. 100 tys. (30-krotność średniego wynagrodzenia) a za zabytki i materiały archiwalne, to przypadku gdy górna granica wysokości nagrody pieniężnej (30-krotność), jest niższa od 1/10 wartości materialnej zabytku lub materiału archiwalnego, nagrodę pieniężną przyznaje się w wysokości 1/10 wartości materialnej zabytku lub materiału archiwalnego. Zatem odpowiedź jest prosta, dlaczego część osób nie zgłasza swoich odkryć.

2) Aspekt człowieka nieprzywiązującego wagi do kwestii materialnych

Są też inni ludzie, którzy (niekiedy mimo niedostatków finansowych) po prostu chcą odkrycie zgłosić i nie oczekują za to żadnych gratyfikacji finansowych. Tacy chcą być zwyczajnie uszanowani. Wystarczyłoby zwykłe „dziękuję” oraz tabliczka przy znalezisku w muzeum lub informacja w opracowaniu naukowym, aby np. pokazać ją kiedyś dziecku czy jedynie być dumnym z własnego odkrycia i postępowania (tu czasem boli, gdy po zgłoszeniu czy znalezieniu archeolodzy przypisują takie odkrycia sobie).

3) Aspekt kolekcjonerski

Wielu po prostu jest kolekcjonerami i zbierając nie widzi wewnętrznej potrzeby oddawania czegoś państwu, choć chcieliby te rzeczy zgłosić i pokazać aby to, co mają w domu zostało opisane, skatalogowane i pojawiło się w obrocie naukowym, a także czasem trafiło na wystawę do muzeum. Jednak posiadanie przedmiotu i dodatkowo książki z informacją że dane znalezisko jest odkryciem pana X, daje wielu kolekcjonerom dużą satysfakcję i w takim postępowaniu widzą właśnie sens.

Do każdego z wymienionych aspektów możemy dodać brak chęci do zgłaszania wynikających z naszego wrodzonego lenistwa i obaw przed konsekwencjami prawnymi.

Częstym argumentem zniechęcającym jest odgórne wmawianie, że wszystko, co leży w ziemi należy do skarbu państwa a odkrywcy i tak się nic nie należy. Jest to częste zdanie wielokrotnie wypowiadane przez archeologów i urzędników, którzy z prawem niestety są często mocno na bakier. Tę błędną opinię potem powielają między sobą poszukiwacze i o efekt w postaci niezgłaszania nietrudno.

Do tego wszystkiego dochodzi też wymuszanie przez urzędników na poszukiwaczach zatajania formy naszego odkrycia i ukrywania faktu, że znalezisko było wynikiem poszukiwań z wykrywaczem, czyli de facto robienia z siebie publicznie idioty twierdzącego, że odkrywca skarb znalazł sikając pod drzewem, szukając robaków czy potykając się o niego w lesie.

Nieznający dobrze prawa i/lub błędnie je interpretujący urzędnicy często twierdzą, że jeżeli odkrycia dokonano za pomocą wykrywacza to nagroda nie będzie przysługiwała, bo nie było przypadkowości odkrycia. Proszę teraz zobaczyć jak po wprowadzeniu ustawy o rzeczach znalezionych, wprowadzono kolejny absurd.

Za znalezisko archeologiczne można uzyskać nagrodę, ale nie można takiego odkrycia dokonać wykrywaczem, a jeszcze gorzej mając pozwolenie na poszukiwania zabytków, bo właśnie wtedy usłyszymy że nie było przypadkowości odkrycia, jest to częsty argument wypowiadany przez pracowników Ministerstwa czy wytycznych NID w sprawie nagradzania za odkrycia archeologiczne. Z kolei za odkrycie zabytku czy materiału archiwalnego przysługuje nagroda, ale pod warunkiem posiadania pozwolenia na poszukiwania zabytków co znów reguluje ustawa o rzeczach znalezionych i rozporządzenie do niej dotyczące przyznawania nagród. Co zatem zrobi poszukiwacz mający pozwolenie na poszukiwania i odnajdujący zabytek archeologiczny? Znów powie, że szukał robaków?, czy się po prostu o niego potknął idąc akurat z wykrywaczem w plecaku szukać zabytków, ale nie tych archeologicznych. To tak jak by ktoś szukał Bursztynowej Komnaty czy Złotego Pociągu i miał na to pozwolenie a przy okazji odnajduje jakiś zabytek archeologiczny, to w tym momencie znów mu urzędnicy będą wmawiali że nie było przypadkowości odkrycia bo celowo szukał tego skarbu.

No i na końcu podam chyba najważniejszy aspekt niezgłaszania państwu własnych odkryć. To brak zwykłej wdzięczności. Człowiek widzi skorumpowanych urzędników, nieuczciwych konserwatorów i archeologów, już nie mówiąc o znikających na potęgę muzealiach i stanie państwowych muzeów oraz ich magazynów. Nieudolność państwa w opiece nad dziedzictwem kulturowym nie zachęca do powierzania mu kolejnych eksponatów. A pojawiające się nieodpowiedzialne profile na FB w dziecinny sposób piętnujące poszukiwaczy tylko utwierdzają wielu w przekonaniu, że zgłaszać znalezisko to można, ale w postaci kulawego kota do schroniska. W tak zwanym „środowisku” poszukiwaczy wieści szybko się roznoszą i są często dyskutowane. To wszystko ma wprost proporcjonalny wpływ na efekt niezgłaszania odkryć.

Nie należy też zapominać, że poszukiwacze i urzędnicy nie znają zasad postępowania i zachowania w przypadku różnego rodzaju odkryć. Poszukiwacze i przypadkowi znalazcy najczęściej ze znaleziskami wędrują do muzeum, gdzie żaden pracownik nie informuje ich, że to nie miejsce do zgłaszania takich rzeczy. Tym samym nie informują ich by swe kroki kierowali do starosty czy konserwatora. Muzea to nie skupy, ani nie punkty odbierające znaleziska poszukiwaczy.

Do tego kotła dołóżmy bublowate prawo, szczyptę urzędniczych interpretacji definicji zabytku i zabytku archeologicznego i mamy gotowy wywar, z którego nijak nie da się nic sensownego uzyskać.

Tak właśnie, skarbów odnajdywanych w kraju jest bardzo duża liczba! Takich na których niejeden przechodzień zawiesił by chętnie oko, a do świata nauki nie trafia praktycznie NIC.

Ale i tak ostateczna decyzja czy zgłosić fakt odnalezienia „życiowego strzału” jest po stronie poszukiwacza, któremu to w głowie kotłują się wyżej opisane prze ze mnie myśli.

Celowo pominąłem w tym tekście wiele aspektów niezgłaszania odkryć przez osoby nie będące poszukiwaczami, jak np. rolnicy, inwestorzy itp. To z kolei wiąże się ze strachem przed badaniami archeologicznymi, kosztami czy wstrzymywaniem prac itd.

Artur Troncik-Saper